Już wróciłam…

I mam takie odczucie, że czas przemija jak pociąg rozpędzony, a ja w środku obserwuję przemijanie miejsc, ludzi, sytuacji… Wkraczając poza kres rzeczy widocznych…

Wracając do podróży po Indiach, te trzy tygodnie zleciały niezauważalnie. Każdy dzień był inny, magiczny, kolorowy i z wyciskiem fizycznym. A tego potrzebowałam.

Po wylądowaniu w Cennaj, stolicy stanu Tamil Nadu na południu Indii, taksówką za 4 i pół godziny, koło 4 nad ranem już byłam w Thiruvannamalai – miasto, które powstało dookoła św. góry Arunachala. A już po krótkim odpoczynku uczestniczyłam w procesie uszanowania pełni księżyca. Tłumy – rzeka ludzi z całego świata, całe rodziny z dziećmi – obchodzą górę Arunachala na boso. Z modlitewnym śpiewem, kwiatami, świętym ogniem, składając hołd bóstwom. Przez cały czas rozbrzmiewa piękna muzyka, towarzyszy ogrom kwiatów, dzwonki, obsypywanie kolorowymi farbami. Moc święcącego księżyca przenikała wszystkich i wszystko dookoła wspierając proces uwolnienia od obciążeń, w intencji czego i przyjechali tu ludzie. Uff… 19 km na boso dookoła góry. Na nogach mieliśmy bąble, a w sercu spokój, radość i światło…

Sporo pięknych wydarzeń jeszcze czekało. Medytacje Shiva Shakti, spotkania i zajęcia z Papą, wyprawy na szczyt Arunachala, joga, sauna w liściach bananowych… I takie pyszne jedzonko w aśramie!

A po powrocie w sercu pozostaje głęboka wdzięczność za każdą chwilę spędzoną w otoczeniu pięknych ludzi. Za wyzwania, z którymi spotkałam się w miejscach gdzie podróżowałam. Za głębokie doświadczenia w czasie medytacji w świętych miejscach, którym ponad trzy tysiące lat. Za światłość i lekkość umysłu. I jestem wdzięczna Tobie Marto, że zachęciłaś mnie do tej podróży.
Bo to jest istotą życia – otwieranie się na wyższe wibracje. Być w Tych miejscach i z tymi ludźmi, którzy sprzyjają temu, poszukują tego samego. Otworzyć się na nowy oddech, nowe doświadczenia i nowe działania. Obudzić oddechem siłę życiową.

Namaste,
Do nowych spotkań!

Zamieszczam także kilka zdjęć z podróży.