MEDYCYNA WDZIĘCZNOŚCI

„Dziękuję” jest często na ustach Olgi Milajewej. Na jej słonecznej wizytówce czytam: „Terapia Duszy i Ciała”, choć dla mnie to „Terapia-Dziękuję”. Uzdrowicielka pochodzi z Ukrainy, choć wielu mówi: „Ola jest od Boga.” Silna, energiczna, nowoczesna. Ma jakieś 46 lat, lecz – jak powiada – „czasu nie czuje”. „Przeszłości przecież już nie ma, a przyszłości jeszcze nie,” powiada. Dla niej najważniejsze jest „tu i teraz”.
Kiedyś była przeciętnym człowiekiem. Skończyła szkołę pielęgniarską. Na uniwersytecie studiowała historię i psychologię. „W dzień funkcjonowałam w zmartwieniach,” dziś wspomina. „W nocy dawałam sobie czas na podróż duszy we śnie, na marzenia i szczęście. Aż nagle wszystko się odmieniło.”
Jak większość uzdrowicieli, by móc poprowadzić innych, najpierw musiała uzdrowić siebie. Miała 33 lata, kiedy u jej maleńkiego synka Dimitra wykryto ciężką chorobę – zapalenie kłębków nerkowych. Wiedziała czym to grozi – już wcześniej straciła dwoje dzieci. Umarły na jej rękach w wieku niemowlęcym. Trzeciego nie chciała stracić. Lekarze walczyli z chorobą przez 6 miesięcy, od 3 m-cy mały nie wstawał z łóżka. Aż w końcu medycyna zawiodła – ciało przestało przyjmować płyny i chemię. „Przykro nam. Wszystko w rękach Boga,” oświadczyli lekarze. „My zrobiliśmy, co mogliśmy…”. „Byłam załamana,” pamięta Milajewa. „Idąc za radą lekarzy, ‘oddałam to Bogu’… I wtedy we śnie ukazał mi się obraz „Jezu, ufam Tobie,” zanim go jeszcze widziałam. Usłyszałam głos: ‘Zaufaj. Uratuję dziecko. Uratuję Ciebie. I będziesz pomagać innym.’ Zrozumiałam, że nie warto zajmować się martwą materią. Trzeba pochwycić ducha życia.” Wewnętrzny głos mówił jej co robić i gdzie iść.
„Kilka dni później miałam kolejny sen. Jezus, pokazał mi Swą lewą dłoń, a na niej obraz kobiety: ‘Jedź do niej.’ Nie miałam pojęcia jak ją znaleźć. Tego samego dnia z kiosku kupiłam gazetę, a z środku było jej zdjęcie. Telefon do redakcji i do dziennikarza, który dał adres. Była to znana uzdrowicielka. Na wsi, gdzie przyjmowała pacjentów, wyczekiwał tłum na drodze, aż do samej furtki jej domu. O dziwo, ona na mnie czekała. Wpuszczono mnie bez kolejki.”
Jak twierdzi, w domu tej znachorki nastąpiła jej transformacja: „Wcześniej we śnie otrzymałam ostrzeżenie: ‘Przez osiem godzin – od 10. do 18., będziesz myślała, że umierasz, lecz nie bój się tego. Będziesz żyła. Dzieckiem się zaopiekują.” Milajewa wspomina, ze rzeczywiście przez osiem godzin przechodziła stany, które bliskie były śmierci. – torsje, utrata przytomności, dreszcze. Jednocześnie fizycznym objawom towarzyszyły wizje: „Widziałam korytarze, drzwi, które się same przede mną otwierały – dziwne komnaty, najpierw ciemne, szare. Potem stopniowo coraz więcej światła – jakby wychodziłam z piekieł. Zza drzwi dobiegała muzyka i blask.” Organizm oczyścił się z toksyn; w ciągu 24 godzin, straciła 7 kilo wagi. „Odeszły wszystkie zmartwienia, wszystko, co blokowało czucie prawdy”.
„Po ośmiu godzinach, kiedy wizje się skończyły, wstałam, jak gdyby nic się nie stało”, wyznaje. „Lecz życie nigdy nie było już takie same… Tak jakbym zmieniła swoją częstotliwość. Wyszłam i moje ciało zaczęło patrzeć na ludzi, którzy przyszli tam po uzdrowienie. Zaczęłam mówić do nich o przyczynach ich chorób. Mówiłam i ludzie wybuchali płaczem, mieli konwulsje. Bałam się mówić, o tym co nagle zobaczyłam, ale dla innych to było wielkie oczyszczenie.”
Naturalnie, pierwszą reakcją był strach. „Bałam się, że zwariowałam”, mówi szczerze. „Moje ego bało się osądu, odrzucenia, niezrozumienia ze strony ludzi. Sporo czasu straciłam na to, by jakoś sobie to racjonalnie wytłumaczyć. Teraz już wiem, że nie ma sensu. Logiczne ego po prostu nie ma odpowiednich ‘narzędzi’, by to pojąć”.