Poproś anioła o dziecko

(Czwarty Wymiar 2 II 2004)

‘Dziecko’ – pragnienie tak wielu domów, w których stwierdzono niepłodność. Matka Ziemia zna jednak swoje sposoby. Gdzie medycyna jest bezsilna, tam z człowiek potrafi obudzić w sobie ducha życia. A kiedy już raz jest przebudzony, nie daje tobie usnąć. Emanuje i przebudza innych – rodzi się kreatywność; na świat przychodzą dzieci…

Państwo Dorota i Robert Wiśliccy z Warszawy od lat starali się o dziecko. Pani Dorota miała zaburzenia hormonalne przy których – według lekarzy – nie sposób było zajść w ciążę; u męża stwierdzono za mało aktywnych plemników. Rozpoczęli pracę nad sobą. Otworzyli się na duchową terapię Olgi Milajewej i dziś mają córeczkę.
Joanna Lipczyn, 40 lat, z Warszawy, bezskutecznie podejmowała próby zapłodnienia invitro. Po czterech wizytach u Milajewej poczęła dziecko. Powodem bezpłodności – jak tłumaczy uzdrowicielka – były tragiczne przeżyciach jej matki, na której przeprowadzano doświadczenia medyczne w obozie koncentracyjnym. Jako córka Joanna bała się, że jej dziecko urodzi się upośledzone.
„W ten sposób narodziło się już tyle dzieci, że można by założyć żłobek,” powiada Maja Błaszczyszyn, szefowa warszawskiej Przychodni Medycyny Naturalnej ‘KOMED,’ gdzie przyjmuje terapeutka. Milajewa mówi z uśmiechem, że nie wie jak to się dzieje. „Mi jest łatwiej uzdrawiać, niż to opisywać,” tłumaczy wzruszając ramionami.
Jest terapeutą duszy i ciała. Leczy zarówno depresje i załamania nerwowe, jak i ciężkie przypadki chorób fizycznych. Wyjątkowe rezultaty odnosi w usuwaniu zaburzeń hormonalnych i bezpłodności, czyli – jak powiada – „udrażnia drogę innym duszom by przyszły na świat.” W Warszawie pracuje od 8 lat. Pochodzi z Ukrainy, choć, ci którym pomogła, powiadają: „Olga nie jest z Ukrainy. Olga jest od Boga.”
Pamięć przodków
Spotkanie ze znachorką wygląda jak rozmowa. Wydaje się, że nic się nie dzieje, a jednak wiele ulega zmianie. Według Maji Błaszczyszyn, terapia Olgi Milajewej jest zupełnie nietypowa i bardzo indywidualna: „Sięga do źródła kłopotów jakie ma człowiek i stara się tam zrobić porządek. Czasami przyczyna leży w życiu danej osoby, a czasami są to sprawy, które ciągną się od pokoleń.”
Tak było w przypadku Andrzeja (nazwisko znane redakcji). Przystojny mężczyzna w wieku 32 lat, wysportowany. Jednak, badania lekarskie wykazały bezpłodność. Podczas jego wizyty, Milajewa poczuła dym. Jakże był zdumiony, kiedy zapytała wprost: „Czy ktoś z rodziny zginął w pożarze?” Okazało się, że trzy pokolenia wstecz, spłonęła prawie cała rodzina.
„Odbieram informacje z całego ciała. Jakby do mnie mówiło o cierpieniu jakie pamięta,” wyjaśnia znachorka. „Każdy człowiek ma za sobą pamięć przeżyć trzech-czterech pokoleń przodków. Jest ona w naszym DNA – w pamięci komórek naszego ciała. Tkwi tam w postaci energii. Domaga się uwolnienia przez zrozumienie. Kiedy odpuścimy owe stare, negatywne wzorce myślenia i działania, otwieramy się na życie, na spełnienie i samo-realizację.” Jak twierdzi Milajewa, głównym problemem w przypadku bezpłodności jest niezrealizowanie jakiegoś pomysłu na pewnym etapie życia. Energia wówczas została zablokowana i teraz, gdy jej potrzebujemy, nie dociera do nas w pełni. W leczeniu należy wrócić do tego pierwszego momentu, kiedy to się zdarzyło – być może w naszym dzieciństwie, lub w pamięci naszych przodków – i usunąć blokady z podświadomości, tak delikatnie jakbyśmy usuwali drzazgę. Wówczas energia życia popłynie bez przeszkód.
Niestety, nasz umysł – nasza codzienna, ‘zabiegana’ świadomość – nie rejestruje owych blokad ani sposobu w jaki one powstają. Czasami może być to bardzo typowa sytuacja, która jednak wytworzyła wzorzec strachu. Ten z kolei stanowi przeszkodę, kiedy świadomie staramy się o dziecko. Kiedy Anna Guc była na studiach, przeżyła wielką miłość. Lękała się jednak, że zajdzie w ciążę. „Ów strach skumulował się w jej jajnikach i nie produkowały jajeczek,” oznajmia uzdrowicielka. „Wystarczyło jedynie, że sobie to uzmysłowiłam,” mówi Anna, która jest dziś szczęśliwą matką.
Synek Wandy Małeckiej z Nowego Targu ma dziś półtora roczku. Czekała na niego prawie dziesięć lat. Znachorka zapytała: „Kto z rodziny był w zakonie?” Jak się okazało, jej prababcia była zakonnicą. Opuściła jednak klasztor i założyła rodzinę. Do końca życia borykała się z poczuciem winy i osądu, jaki ją napotkał. Wanda od dziecka bała się księży i uciekała na ich widok. Nigdy nie przypuszczała jednak, że może to wpłynąć na jej zdrowie i zdolność rodzenia dzieci. „Kiedy uświadomiłam sobie przyczynę, wszystko zaczęło się układać,” dziś powiada.
Korzenie
Gdy w swoim DNA masz prababkę znachorkę, trudno od tego uciec. Olga Milajewa wzrastała wśród pradawnych rytuałów słowiańskich, ziół i modlitw – na co dzień obserwując skuteczność naturalnych sposobów kobiety-uzdrowicielki. Nie chciała jednak podążać śladami prababki. Wybrała uniwersytet i normalne życie.
Wszystko uległo zmianie, kiedy miała 33 lata. U jej maleńkiego synka wykryto ciężką chorobę – zapalenie kłębków nerkowych. Lekarze walczyli z chorobą, aż w końcu oświadczyli: „Przykro nam. Teraz już wszystko w rękach Boga.”
Załamana i zapłakana, modliła się błagając o życie syna. I – jak dziś wspomina – jednej z tych ciemnych nocy, przyśnił jej się Jezus. Usiadł na przeciwko niej i powiedział: „Zaufaj. Uratuję dziecko. Uratuję Ciebie. I będziesz pomagać innym.” Pokazał jej swą lewą dłoń, a na niej obraz kobiety: ‘Udaj się do niej.’ Tego samego dnia w kiosku kupiła gazetę, w środku znalazła jej zdjęcie. W redakcji podano adres. Była to znana uzdrowicielka.
Kiedy przyjechała do Doniecka, jej dom otaczał tłum pacjentów. Milajewa została jednak natychmiast przyjęta. Tam nastąpiła jej inicjacja – przeżyła osiem godzin intensywnych wizji, połączonych z torsjami i szybką utratą wagi. Od tamtej pory, jej percepcja uległa zmianie. Za pomocą intuicji dostrzega znacznie więcej niż widać gołym okiem; uzdrawia choroby duszy i ciała.
„Znam wiele osób, którym pomogła,” mówi Ewa Foley, dyrektor Instytutu Świadomego Życia, autorka książek i poradników rozwojowych. „Byłam świadkiem takiej sesji osobiście. Przyprowadziłam do niej moją znajomą. Kobieta była nieufna. Otworzyła się jednak i zaszła w ciążę już w następnym cyklu.”
Ewa Foley, której nowa książka „Bądź aniołem swojego życia,” właśnie ukazała się w księgarniach, od lat promuje naturalne i duchowe metody uzdrawiania: „Znam co najmniej trzy przypadki bezpłodności, w których terapia Olgi Milajewej przyniosła niespodziewane skutki. Nadziei nie było. Dzieci jednak urodziły się zdrowe i cudowne.”
Kreatywność i kobiecość
Milajewa pracuje głównie z kobietami. Nie dlatego, że tak wybiera. Jej zdaniem, „dusza nie ma płci.” To kobiety jednak są bardziej otwarte na jej mistyczne przesłanie. W Warszawie i innych miastach, prowadzi warsztaty kreacji własnego życia, pod hasłem: „Nadszedł czas by szybować.” „Podczas spotkań uczymy się zaakceptować strach, poznać jego źródło i uczestniczyć we własnej transformacji,” mówi Agnieszka Warecka, artysta grafik, która organizuje takie comiesięczne warsztaty w stolicy. „Rodzą się więc nie tylko dzieci, ale i twórcze projekty.”
Tak powstały wernisaże malarskie organizowane przez Annę Rybczyńską. Do Milajewej trafiła trzy lata temu, kiedy przechodziła małżeński kryzys; wystraszona, zestresowana i z chronicznym osłabieniem odporności organizmu. „Byłam wówczas szefem sprzedaży nieruchomości w pewnej firmie,” dziś wspomina. „Coś się we mnie obudziło. Zostawiłam pracę, która pogrążała mnie w stresie. Zaczęłam tworzyć życie, jakiego pragnę.” Wyjechała na Hawaje i poznała tam świątynny masaż LomiLomi. Jest dziś masażystką i malarką. Organizuje wernisaże w Galerii Pu Tuu, gdzie prezentowane są obrazy kilkunastu kobiet, część warsztatów nich pod wpływem warsztatów odkryły w sobie zdolności twórcze.
„Otworzyłam się na życie, na ludzi,” mówi Ewa Hannah, artysta plastyk, która wystawia swoje prace. „Przedtem nic mi nie wychodziło. Siedziałam w domu, zamknięta z dzieckiem w czterech ścianach. Nawet malowanie nie sprawiało mi radości. To było tylko po to, żeby z czegoś żyć. Byłam zawiązana, jak na supeł. Postanowiłam to zmienić.” Milajewa widocznie jakimś sposobem pomogła jej ów supeł rozwiązać, gdyż teraz Ewa Hannah tworzy. „Poczułam większą wiarę w siebie, zaczęłam przypominać sobie jaka jestem, że jest we mnie radość. Dziś odrobina wyciszenia, pozwala mi na to, że kiedy zamykam oczy widzę obrazy – mistyczne światy, które istnieją dla mnie równie realnie, jak ten w których żyjemy. Wieczorem zasypiając, nie mogę doczekać się kiedy znów będę malować.”
Anna Skrzynecka od 20 roku życia cierpiała na łuszczycowe zapalenie stawów, które powodowało stopniowe zanikanie kośćca. Jedynie leki chemiczne uśmierzały ból.. „Lekarze odradzali mi dziecko, gdyż mała mogła urodzić się chora. Jednak, urodziłam zdrową córeczkę. Kiedy zaczęłam karmić, pojawiły się ogromne bóle. RTG wykazało zanik jednej trzeciej mostka. Groził mi wózek inwalidzki. Martwiłam się, jak wychowam córeczkę. Nie miałam innego wyjścia. Musiałam zadecydować co mam z sobą zrobić. Też chciałam być zdrowa.” Kiedy trzy lata temu przyszła do Milajewej, z bólu ledwo widziała na oczy. Jej zabieg u znachorki wspomina, jak egzorcyzmy. „Czułam jakby pękał kamień – jakby skorupy odpadały z moich rąk. Nagle odzyskałam czucie w dłoniach. Mój dotyk wrócił do mnie. Pojawiła się we mnie nadzieja.”
Dzięki warsztatom kreatywności odzyskała siebie. „Odzyskałam swoją moc – moc kobiety, kapłanki ogniska domowego. Odzyskałam moc matki i zaufanie do mojego dziecka,” oznajmia. „Nie muszę być doskonała. Wystarczy, że jestem, że czuwam.”
W Annie obudziła się od dziecka tłumiona twórczość. Dziadek był artystą. Rodzice obserwując u córki rodzący się talent malarski, ostrzegali, że to nie zabezpieczy jej środków do życia. „Wiadomo było, że nie będzie ze mnie ani prawnik, ani lekarz,” powiada. „Spisano mnie więc na straty.” Bała się malować, bo nie chciała zawieść rodziców. Zrezygnowała ze swojego talentu.
„Olga kazała mi rysować. Wiedziała, że jestem zablokowana,” wspomina Anna, siedząc dziś w otoczeniu swoich obrazów. Na jej płótnach aż roi się od bajkowych postaci. Maluje jednorożce, smoki i elfy. „Ów zapomniany, mistyczny świat baśni przypomina nam o tym, co najważniejsze – o czystości serca,” powiada z uśmiechem. Od trzech lat nie bierze leków farmaceutycznych. Kiedy od czasu do odczuwa ból, stosuje naturalne sposoby – naświetlenia lampą jonową oraz kapsułki z wyciągiem imbiru. Podnosi swoje dziecko, dźwiga siatki z zakupami. Jest dumna ze swego zwycięstwa i przekonana, że nie ma sytuacji bez wyjścia: „Jeśliby mi ktoś powiedział teraz o wózku inwalidzkim, roześmiałabym się w twarz!”
Wibracje życia
„Dzięki współpracy z Olgą Milajewą, uniknęłam operacji guza jajnika,” napisała Aldona Misiak w pamiątkowej księdze przychodni ‘KOMED’. „Po dwóch wizytach okazało się, że guz całkowicie zniknął.” Krystyna Paluśkiewicz miała już ustaloną datę operacji: „Stwierdzono u mnie cztero-centymetrową cystę na lewym jajniku. Miałam być operowana. Po czterech zabiegach – cysta zniknęła. USG wykazało, że jestem zdrowa i operacja nie jest mi już potrzebna.”
„Nie zamierzam tego komentować,” mówi uzdrowicielka. „To trudne do wyjaśnienia. Jestem kanałem, który usuwa pamięć cierpienia z komórek ciała.” Wydaje się, że aby takie leczenie miało skutek, osoba musi się na to otworzyć i pożegnać swój sceptycyzm, gdyż tutaj stanowi on jedynie przeszkodę. „Kiedy jest otwarcie, kiedy jest wiara i współpraca – są rezultaty,” obiecuje Milajewa, która nie chce by pacjenci przychodzili do niej jak po pigułkę. Terapia skutkuje wtedy, kiedy w pacjencie jest uczciwość wobec samego siebie i szczera gotowość zmiany – chęć samo-uzdrowienia, gotowość na całkowitą odpowiedzialność za spełnienie siebie w życiu, a nie zrzucanie jej na innych. „Pod sceptycyzmem często kryje się brak wiary w samego siebie – w swoje własne możliwości,” ostrzega terapeutka. „My tu nie pracujemy z chorobą. Energia uzdrowienia nastraja nasze wibracje na życie, a to co przeszkadza – po prostu odchodzi,” tłumaczy Olga Milajewa.
Duchowe uzdrowienie jest niczym nowe narodziny. Kiedy Ewelina Buczyńska leżała osamotniona w szpitalu po zabiegu chemioterapii, Olga Milajewa przyszła do niej z kryształem w ręku. „Poczułam jakby anioł przyszedł,” wspomina ten moment. „Chłonęłam ową cudowną energię całą powierzchnią ciała – jak dziecko.”

Tekst: Ewa Ramparte