SZAMANKA

Czy zwykła blondynka o jasnych oczach może być aż tak niezwykła, by nazwać ją szamanką? Czy szamani jeszcze w ogóle istnieją? Wątpliwe by mogli wytrzymać w takich czasach… Jeśliby jednak jacyś przetrwali, czekałby ich pewnie los gdzieś na krawędzi, tego uważamy za „normalne”. Mimo to, działaliby w miastach, wśród ludzi. Leczyli by nas z kompleksów, z chorych przekonań, z wybujałości ego, ze stresu i urojonych obaw. Przypominaliby nam o tajemnicach świata roślin i zwierząt, o naturalnym rytmie życia. Uzdrawialiby nas pewnie żywiołami naszych własnych sił, o których istnieniu już dawno zapomnieliśmy. A my – w dziecięcej niewinności – myślelibyśmy pewnie, że to wszystko bajka…

Do Olgi przyszłam zimą tego roku. Przyszłam, albo raczej „przyfrunęłam”. Z głową pełną równie pięknych pomysłów, jak i mrocznych wątpliwości. „Prawie w ogóle nie ma ciebie w ciele…,” zauważyła. I rzeczywiście – coś w tym było, bo czułam, że ledwie stąpam po ziemi. „Czego chcesz?” – zapytała mnie wtedy. A to pytanie otworzyło mnie przed nią jak „puszkę Pandory”…
Potęga tej kobiety mnie fascynowała i przerażała jednocześnie. Miałam uczucie, jakby widziała mnie na wskroś – moje motywacje, intencje, myśli oraz wewnętrzne blokady na drodze ku realizacji marzeń. „Boli mnie kark,” zwróciłam jej uwagę. „Coś się wydarzyło w twoim życiu, kiedy miałaś 5-6 lat… Jaka była relacja pomiędzy twoją babcią i matką?,” zapytała. ‘Czyżby ona widziała też moich krewnych?!,’ pomyślałam zdumiona. „Wzięłaś ten problem na siebie. Przypomnij sobie, co to było?”Aha! Rzeczywiście… Ale to bardzo osobista, rodzinna historia. Babka Regina nie pozwoliła się mojej matce Janinie kształcić w mieście, a ja zawsze miałam o to do niej pretensje, że teraz mam mamę, która ledwie umie czytać i pisać. Czułam się przez nią niezrozumiana. Oczywiście, jako dziecku, nie przeszkadzało mi to wcale. Dopiero, kiedy miałam 5-6 lat i zaczęłam porównywać się z innymi dziećmi w szkole, zdałam sobie sprawę, że mam ‘nienormalną’ mamę… „To była moja motywacja. Dlatego postanowiłam za wszelką cenę się kształcić. Dziś mam podwójny dyplom magisterski,” wyjaśniłam znachorce. „Dobrze postąpiłaś. Teraz wiedz, że babcia chciała, żeby mama była blisko ziemi, żeby nie straciła kontaktu z naturą. Dlatego kazała jej pozostać na wsi. Bądź jej wdzięczna.” W ciele poczułam ulgę po lewej stronie szyi… „Udasz się na wieś, gdzie mama się wychowała. To ci dobrze zrobi.”
Pojechałam. Jak tylko wysiadłam z autobusu i moje stopy stanęły na tej podkrakowskiej wsi, w duszy usłyszałam głos: „Witaj! Dobrze, że wróciłaś. Ty należysz tutaj…” Spojrzałam w kierunku domu i jakbym widziała moją babkę siedzącą na ławce. „Ewunia przyjechała!,” ucieszyła się. „Ewuniu, jak ty urosłaś!!!” W kuchni ten sam swojski zapach, który pamiętam, gdy odwiedzałam ją z mamą jako dziecko. I tak jakby babcia krzątała się nadal po domu, jak dawniej. Tak jakby jej kot łasił się do nóg i jakby znowu zgrzypiał taboret.
Zdziwili się krewni, którzy mieszkają w tym odnowionym już dzisiaj domu, z obowiazkowa anteną satelitarną na dachu. „Przyjechała ciotka z Warszawy. Chodzi po lasach i łąkach…,” żartowali. Spędziłam tam zaledwie dwa dni, lecz była to ‘pielgrzymka’. Okazja by pomodlić się w tym samym pokoju, gdzie babcia urodziła swoją córkę a moją matkę, i gdzie zamknęła po raz ostatni swoje oczy. Okazja by chodząc tymi samymi ścieżkami, ‘skontaktować się’ z kobiecymi przodkami w mojej rodzinie – by w wietrze, który niegdyś czesał ich włosy a teraz czesze moje, usłyszeć jakie są ze mnie dumne, że jestem piękna, że spełniam swoje życie; by im pobłogosławić i przyjąć od nich obietnicę, że na zawsze będą źródłem mojej siły.
Podróż ta pozwoliła mi odnaleźć i zaakceptować w sobie korzenie, z których pochodzę, żeby potem zapuścić nowe w oparciu o doświadczenie moich własnych dróg. O dziwo. Ból w karku może już odejść… W jego miejsce pojawia się jedno słowo: „Dziękuję.” Zrozumiałam, że gdybym miała inną babcię, miałabym też inną mamę i ja nie byłabym dziś tym kim jestem. „Dziękuję… Dziękuję… Dziękuję…”